księga gości


2012
styczeń
2011
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
2008
luty
styczeń
2007
listopad
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2005
listopad
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień



na początku było słowo...

2012-01-08 21:09:34
...

skomentuj (0)

2012-01-02 19:45:59
Noworocznie.
02.01.2012 dzisiaj. Czyli postanowienia noworoczne czas zapisać dla potomności. Choć to nie w moim stylu i pewnie nie wyjdzie nic wielkiego z tego, ale próbujemy. A za rok wrócę tu i przeczytam i pomyślę, "o jaka ja głupia byłam" najpewniej. No ale cóż. Lecimy.
1. Mniej się denerwować, częściej oddychać głęboko.
2. Czerpać ze źródła spokoju w środku tam, które jest na pewno.
3. Być asertywną i odmawiać. Nie to nie.
4. Znać swoją wartość. Być dumną z siebie.
5. Kochać siebie.
6. Mówic Bartłomiejowi, jak go kochasz. Częściej.
7. Nie kłócić się. Akceptować niektóre rzeczy, których się nie da zmienić.
8. Ale starać się zmienić wiele rzeczy. Bardzo.
9. Zwiedzić jakiś kraj, w którym wcześniej nie byłam.
10. Uczyć się wszystkiego. Francuskiego.
11. Poznawać. Być ciekawą wszystkiego.
12. Czytać dużo. Wszystkiego.
13. Poznawać muzykę. Filmy.
14. Rozmawiać z tymi, których kochasz. Starać się bardziej.
15. Być lojalną.
16. Nie krzyczeć dużo. Nie płakać zbyt wiele.
17. Uśmiechać się częściej.
18. Nie dawać sobą pomiatać.
19. Kochać i być kochaną.
20. Być szczęśliwą.

Górno-cholernie-lotne mi wyszło.


skomentuj (0)

2011-10-05 11:43:21
...

Nie mogę pozwolić, aby blog umarł, więc wreszcie zbieram się w sobie i piszę coś, co może będzie w swym finalnym kształcie przypominać notkę. Słowo „może” jest tu kluczowe – gdyż TU wszystko jest tylko na słowo honoru, obietnicą bez pokrycia, fasadą, która skrywa jakieś nieprzyjemności. Ja, (niestety) identyfikująca się w tym momencie jako część „Tego”, również czuję się tylko „może”, „chyba” oraz „nie na pewno”. Cały ten dziwaczny kraj sprawia wrażenie domu, którego mury zaraz się rozpadną, a ze środka wylezie coś brzydkiego i oślizgłego. Jak taki sporej wielkości karaluch z wąsami, którego zwłoki zauważyłam dziś na stopniu schodów ewakuacyjnych prowadzących na trzecie piętro budynku, w którym pracuję. Leżał sobie spokojnie, odwrócony do góry odnóżami, martwy tak, jak może być karaluch.

Już ponad miesiąc mija odkąd wysiadłam z samolotu linii Tunisair, a na lotnisku w Tunisie uderzyła mnie fala gorącego powietrza (tego dnia temperatura wynosiła ok. 40 stopni). Zupełnie dosłownie. Doskonale pamiętam ten bardzo długi dzień i bardzo długą noc poprzedzające moje ostateczne lądowanie. Dworzec kolejowy w Berlinie nocą zdecydowanie nie należy do najprzyjemniejszych miejsc. Chłód jest tam przejmujący i zmusił mnie nawet w pewnym momencie do włożenia podwójnej warstwy odzieży wierzchniej. No cóż, gdybym wiedziała wtedy, co mnie czeka w Tunezji, to na pewno bym nie narzekała aż tak. Tunezja to DZIWNY kraj, ale nie wypowiadam tego słowa z lekkim uśmiechem i nutką pobłażania w głosie. Nie jest to „dziwność” przyjemna (Holandia też jest dziwna przecież na swój sposób), lecz irytująca. Spodziewałam się czegoś innego, mniej irytującego w taki drażniący sposób, ale to prawdopodobnie tylko moja wina. Nie miałam pojęcia do tej pory, jak pewne elementy życia uznawane przeze mnie za tak podstawowe i z tego powodu wręcz niezauważalne, są istotne w codziennym funkcjonowaniu. Weźmy chociażby za przykład ową nieszczęsną komunikację miejską, na temat której już tyle zdążyłam powiedzieć. Mój poranny autobus do pracy jest zazwyczaj tragicznie przepełniony i kilkukrotnie już zdarzyło mi się nie wsiąść do niego z powodu tego tłoku. Ponadto ludzie nie są mili. Nie są uprzejmi w żaden „europejski” sposób. Oczywiście w Europie również gówno wszystkich obchodzi, czy wsiądziesz do autobusu, czy nie, czy będzie ci wygodnie, czy nie. Ale – na boga – w Europie (którą znam z autopsji, tj. PL, NL, Hiszpania, Niemcy) minimum jakiejkolwiek kultury jest esencjonalne (hmm… to chyba anglicyzm. Mam na myśli „essential”, oczywiście). Tutaj nie jest to aż tak istotne, delikatnie rzecz ujmując. Nikt tu nie dziękuje w autobusie za bilet (jestem chyba jedyną osobą, która rzeczywiście mówi kierowcy „merci”), nie żegna się, gdy wysiada, nie przeprasza, gdy potrąca albo staje na czyjejś stopie. Dziwne i przerażające. Jednak to akurat nie jest najciekawsze z tego, co można powiedzieć o komunikacji miejskiej. To, czego kompletnie nie mogę pojąć to fakt, że rozkład jazdy nie istnieje – nie ma go w żadnym widocznym miejscu na przystanku autobusowym, czy gdziekolwiek indziej. Nie wiadomo więc, jakie autobusy jeżdżą po Tunisie, dokąd jeżdżą i jak często. Takie informacje można jedynie uzyskać chyba u kobiety w kasie, która sprzedaje bilety na tramwaje (które oni nazywają – zupełnie bez sensu – metrem) – jednak trzeba tu zauważyć, że takie kasy są zazwyczaj zamknięte, więc nie ma gdzie kupić biletu, ani nie ma kogo zapytać (no i zresztą w jakim języku? Odpowiedź: po angielsku, jest błędna). Trudno to wszystko pojąć i trudno się w tym odnaleźć (zwłaszcza takiej osobie, jak ja).

Nie miałam pojęcia, że można tak tęsknić za kanapką z salami. Mam taką ochotę zjeść coś, co lubię jeść, a nie coś, co po prostu jest tutaj jako jedyna dostępna rzecz. Chciałabym zjeść tosta z salami, zapieczonego z serem, z sałatą i z ketchupem. Mam nawet ochotę na coś z Maca, albo z KFC. Och, o pizzy nawet nie wspominam… Cudowny, słodko-pikantny Spice Chicken z białostockiej Savony, albo chociaż pizza z Pizzy Hut (najlepiej podczas święta pizzy, kiedy jemy ile chcemy. :) Zwłaszcza z moim Bartłomiejem). Spaghetti również bym nie pogardziła. Cudne maślano-śmietankowe pieczareczki, soczyste brokuły, kurczaczek i cebulka podsmażone na oliwie. Placki ziemniaczane (och!). Naleśnik z Pancake’a z serem i pieczarkami albo ten nowy… z czym on był? Z pikantną fetą? Najlepszy na świecie słodko-kwaskowaty pączek ze skórką pomarańczową. Polędwiczka na kanapce z papryką i ogórkiem. Jajecznica zrobiona i przyprawiona przez Bartłomieja i podana mi do łóżka. ;) Wino półsłodkie albo Bacardi. Chipsy paprykowe Naturals albo Crunchipsy borowikowe. Maltesersy albo te Milkowe orzechy w czekoladzie (nie pamiętam nazwy). Ale przede wszystkim bułeczki zapieczone – jedna z salami, druga z polędwiczką, trzecia z kurczakiem, a wszystkie z kawałkiem sera, słodkiego i ciągnącego się, z listkiem bazylii i z sałatką, z kropelką ketchupu. Ach.


skomentuj (0)

2011-08-29 21:48:19
...
Przyleć do mnie na skrzydłach miłości, Kotku.
Dopiero uczę się latać.
skomentuj (0)

2011-08-11 04:31:07
...
Nigdy więcej żadnych facetów w moim życiu. Wszyscy to skurwysyny, żaden nie umie docenić wspaniałej, wrażliwej kobiety. Wszyscy wypierdalać!!!!!!!!!!!!!
skomentuj (0)

2011-08-10 21:02:18
...
;((((((((((((((((((((((((((((((((((((( to koniec...
skomentuj (0)

2011-08-06 00:08:10
Oh merde! horoskop na dziś
W końcu odczujesz ulgę, bo wyraźnie poczujesz, że zły okres już jest poza Tobą. Spal rytualnie wszystko co dotyczy tej przeszłości, zainwestuj w siebie i wyjedź, żeby odpocząć od demonów przeszłości. Nie warto tego czasu pamiętać.

No ja Cię proszę, proszę... Wszystko wiedzą o mnie, doprawdy. Ech, co za dzień. Nie rozumiem wciąż, dlaczego Inea chce mnie orżnąć na 250 zł, jest to dla mnie wielka zagadka. Jestem pewna, że rezygnowałam z tego pakietu filmowego tak zwanego (15 zł właściwie tylko za ale kino, którego w ogóle nie włączyłam przez cały rok! Gdybym wiedziała, że wciąż je mam, to bym chociaż coś obejrzała od czasu do czasu! No doprawdy!). Poza tym kobieta w Inei robiła takie miny, że miałam ochotę jej przyjebać. No, ale oczywiście - jako niezwykle kulturalna osoba - nie dałam się ponieść emocjom i ze stoickim spokojem sporządziłam notatki z jej gadki o tym, jaka to jestem zadłużona po uszy. Nie podoba mi się ta Inea beznadziejna... Jak wrócę z tej Tunezji trzeba będzie coś z tym zrobić znów. Nie mam ochoty się z nimi babrać. :( Dlaczego wszystko musi być takie skomplikowane? Co to za życie, że trzeba się ze wszystkim borykać i boryyykać, i BORYKAĆ. Tak masakrycznie ciężko. Bu, bu, bu. Obejrzałam sobie dziś (lecąc po oskarowej liście, ofc) "The kids are all right". To nie jest najlepszy film, choć oczywiście ma swoje dobre momenty. Nie podobało mi się zrobienie z dobrego tematu jakiejś ckliwej historyjki z morałem, że co to nie rodzina, że jest najważniejsza, że małżeństwo to taka świętość, och i ach po prostu. Nie lubię takich gadek. I jeszcze ten tekst głównej bohaterki (lesbijki notabene) do dawcy spermy (niby ojca jej dzieci): "Chcesz mieć rodzinę? Załóż sobie swoją" - i bum! drzwiami przed nosem. No, świetne podejście po prostu. Taka kokoszka krążąca nad swoim gniazdem i rycząca na każdego chcącego się zbliżyć. Straszne, przerażające i w ogóle jakieś przeżytkowo-staroświeckie, moim zdaniem. Niby taki postępowy ma być to obraz, że "wywraca wszystko to, co wiemy o współczesnej rodzinie, bla bla bla", że obala jakieś schematy, że nowoczesność, postęp, związki partnerskie, itp. A tak naprawdę co z tego zostało? Nic. No, nie ma męża, fizycznie faceta z penisem, ale co z tego? Jest mama surowa i zarabiająca na dom, jest mama nr 2, ta wrażliwa i realizująca swoje pasje za pieniądze mamy nr 1, jest dziewczynka, jest chłopaczek, super typowa rodzinka.

Szkoda, że nie mam z kim pogadać o tym. Łukasz mnie wkurzył dziś strasznie, w ogóle on mnie wkurza od dłuższego czasu. Facet chce sobie pobzykać, ale jak ja go o coś proszę, to nie, skąd, bujaj się. No co za podejście. I on myśli, że mnie zaciągnie do łóżka? Czym niby? Żenada jakaś z deka. I dziś normalnie stroił fochy za to, że nie dałam mu się dotknąć wieczorem. Tak było, jestem pewna. Biedna, urażona, męska duma. W ogóle nie wiem, o co chodzi facetom, tak już generalnie rzecz ujmując. Trudno mi w ogóle ich zrozumieć. Nie wiem, po co się staram w ogóle in the first place. Zagadka.

Tunezja mnie przeraża. Wiza? Bank? Bilet? Choć trochę mam ochotę tam pojechać. Chcę mieć zdjęcie na pustyni. Poza tym wydaje mi się, że tam może być pięknie. Choć po zdjęciach to wiadomo, ciężko wyczuć. Pewnie brud, smród i ubóstwo. :P ...













Szaleję.

skomentuj (0)

2011-08-05 01:25:01
...
Życie średnio inteligentnej osoby w dzisiejszym świecie to nie bułka z masłem. Osoby, która nic nie umie, która (w jej przekonaniu) nic nie osiągnie, nie ma żadnych perspektyw. Życie pierdoły.

Kim jest pierdoła? Nie jest Bridget Jones. Nie ubiera się u Prady. Nie ma przyjaciół, z którymi przesiaduje godzinami w kawiarni. Nie stać ją na nic, co by chciała mieć. Jest samotna i ma wrażenie, że musi walczyć sama z całym światem. Potworne uczucie.

Nazywam się Joanna. To ja jestem pierdołą. Nie mam przed sobą nic, czego mogłabym się uczepić. A czuję wielką potrzebę uczepienia, choć kobieta w dzisiejszych czasach musi być samowystarczalna i niezależna. A ja wbrew temu, co lansują media, kolorowe czasopisma, strony internetowe i polskie komedie romantyczne, czuję potrzebę uczepienia i wcale nie jestem ani silną osobowością, ani wielką jednostką, która ceni sobie niezależność. Średnio mi idzie z niezależnością. Nie mam prawa jazdy. Od paru dobrych lat nie mogę zdać egzaminu praktycznego i zawsze oblewa mnie zimny pot na myśl o cholernym łuku, czy górce. Chociaż łuk, po tysiącach żmudnych prób chyba opanowałam już (opanowałam w takim sensie, że oblewam już na mieście, a nie placyku – hurra! Brawa dla mnie). Nie umiem też panować nad nerwami. Egzaminatorzy powodują u mnie drżączkę albo inne palpitacje serca. Pocą mi się dłonie, stopy, pachy, czuję, jak kropelki potu spływają mi po plecach. Nie żartuję. Problem bez wątpienia tkwi we mnie, ale jaka jest na to rada? Nie stać mnie na psychologa. Poza tym, aby iść do psychologa, trzeba nie być pierdołą, trzeba podjąć jakieś działania zmierzające do znalezienia psychologa, zorientowania się w temacie, itp., itd. Tak myślę. A mi przychodzi to z trudem.

Ostatni raz oblałam w mieście podczas zawracania, gdyż po prostu NIE zawróciłam. Zapytacie, co mi się stało? Było tak: egzaminator każe zawrócić mi w bramie, to znaczy wjechać w nią najpierw tyłem. Ja wjeżdżam, ale nie umiem dobrze wymierzyć odległości i trafiam w jakiś słupek metalowy, czy coś takiego. Egzaminator złości się i mówi (krzyczy) coś w stylu: „Chce mi pani samochód rozwalić?”, a ja przepraszam. Wycofuję trochę i jeszcze raz do bramy. A potem zawracam, tyle że… nie zawracam. Po prostu wyjeżdżam przodem samochodu w to samo miejsce. Uwierzycie? Tak, jestem kobietą, a do tego pierdołowatą, która nie potrafi porządnie zawrócić. Czy to mnie usprawiedliwia (tj. płeć, a do tego pierdołowatość). Pewnie nie. Tak więc nie zawróciłam wtedy. Nie do wiary! – powiecie. Nie winię was.

To nie było w Poznaniu, gdzie aktualnie mieszkam, tylko w pewnym mieście na wschodzie Polski, którego nie wymienię. I tak kiedyś słuch o nim zaginie (mam nadzieję). Choć pewnie za tysiąc lat wciąż będą krążyły legendy o parszywych egzaminatorach z tamtejszego Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego.

Wow! Nieaktualne. Prawko zdałam!

skomentuj (0)

ostatnio oglądane
Śniadanie ze Scotem
Come Early Morning
Peter and Vandy
Capote
Poważny człowiek
Zapaśnik
Frost/Nixon
Spacer po linie
The Hurt Locker
Pani Henderson
Szkolny chwyt
Iris
Spotkanie
Transamerica

aktualnie czytane
coś o seksie i mediach

muza
ratm
scorpions
status quo
korn
kopalnia tekstów
nirvana
the clash
sex pistols
the filth and the fury
punks not dead
the cranberries

ciekawe rzeczy
grono
hyde park
che guevara
pablo picasso
salvador dali
stephen king
samotność
polish poster gallery

kino
Midnight Review
imdb
100 najlepszych momentów filmowych
alfred hitchcock
the greatest films lists
film polski
krzysztof kieślowski
zbigniew preisner
elephant
celuloid
michelangelo antonioni
stopklatka
plakaty
napisy
trailery
eFilm
ale kino
kinomaniak
dobrze nakręcony magazyn
100 the best movies
french film posters
era nowe horyzonty
woody allen
jack nicholson
jude law
ziemia niczyja
dogville
requiem for a dream
europa europa
ambitne kino
soundtrack
forum filmowe
filmweb